Sharenting - czy warto publikować każdą chwilę z życia naszych dzieci?

Jeszcze kilkanaście lat temu zdjęcia z dzieciństwa trafiały do rodzinnych albumów, szuflad i ramek stojących na półkach. Dziś coraz częściej pojawiają się w mediach społecznościowych - i to często jeszcze zanim dziecko przyjdzie na świat.
Relacje z ciąży, zdjęcia z porodówki, pierwsze kroki, codzienność, zabawne filmiki czy rodzinne vlogi stały się naturalną częścią internetu. Zjawisko to ma nawet swoją nazwę: sharenting.
Choć dla wielu rodziców publikowanie zdjęć dzieci jest czymś zupełnie normalnym, coraz częściej pojawiają się pytania o granice prywatności najmłodszych.
Czy dzieciństwo w erze TikToka i Instagrama staje się zbyt publiczne? I czy dzisiejsze dzieci w przyszłości będą chciały mieć całe swoje życie zapisane w sieci?
Czym właściwie jest sharenting?
Słowo sharenting powstało z połączenia angielskich słów share (udostępniać) i parenting (rodzicielstwo). Oznacza publikowanie przez rodziców zdjęć, filmów i informacji dotyczących dzieci w internecie, głównie w mediach społecznościowych.
Jeszcze kilka lat temu były to głównie rodzinne fotografie wrzucane na Facebooka dla znajomych i bliskich. Dziś internet wygląda zupełnie inaczej. Instagram, TikTok czy YouTube sprawiły, że codzienność rodzin stała się częścią internetowego contentu. Niektórzy rodzice traktują swoje profile jak cyfrowe pamiętniki. Inni budują wokół rodzinnego życia duże społeczności, a czasem nawet sposób na pracę i zarabianie.
Granica między prywatnością a publikowaniem codzienności zaczęła się mocno zacierać.

Dlaczego rodzice publikują zdjęcia dzieci?
Najczęściej nie stoi za tym nic złego. Rodzice po prostu chcą dzielić się swoim szczęściem, ważnymi momentami i codziennym życiem. Dla wielu osób media społecznościowe stały się współczesnym albumem rodzinnym.
Publikowanie zdjęć dzieci często wynika z potrzeby kontaktu z innymi rodzicami, szukania wsparcia czy budowania relacji online. W czasach, gdy duża część życia przeniosła się do internetu, naturalne stało się również pokazywanie rodzicielstwa.
Social media stworzyły też pewnego rodzaju presję dokumentowania życia. Urodziny, pierwsze wakacje, rozpoczęcie przedszkola czy rodzinne wyjście coraz częściej stają się materiałem na relację lub rolkę. Wielu rodziców nawet nie zauważa momentu, w którym zwykłe zdjęcia zaczynają trafiać regularnie do internetu.

TikTok i Instagram zmieniły dzieciństwo
Rozwój mediów społecznościowych sprawił, że dzieci coraz częściej stają się bohaterami internetowych treści. Jeszcze niedawno zdjęcia publikowano głównie dla rodziny i znajomych. Dziś viralowy film z dzieckiem może obejrzeć kilkaset tysięcy osób.
TikTok dodatkowo zmienił sposób konsumowania treści. Krótkie, zabawne filmiki z udziałem dzieci bardzo szybko zdobywają popularność. Rodzinne vlogi, codzienne relacje czy humorystyczne nagrania stały się jednym z najpopularniejszych formatów internetu.
Pojawiło się nawet zjawisko dziecięcych influencerów. Niektóre dzieci od najmłodszych lat funkcjonują w świecie kamer, współprac reklamowych i internetowych obserwatorów. Dla części rodzin to po prostu nowoczesna forma dzielenia się życiem. Coraz więcej osób zastanawia się jednak, gdzie kończy się niewinna publikacja, a zaczyna wykorzystywanie dziecięcego wizerunku jako contentu.

Gdzie właściwie przebiega granica?
To właśnie to pytanie budzi dziś największe emocje. Bo problemem zwykle nie jest samo publikowanie zdjęcia z rodzinnego spaceru czy wakacji. Wątpliwości zaczynają się wtedy, gdy internet poznaje zbyt wiele szczegółów z życia dziecka.
Nagrywanie dziecięcych napadów złości, kompromitujących sytuacji, trudnych emocji czy chorób coraz częściej wywołuje dyskusje. Dla dorosłych może to być „zabawna rolka”, ale dla dziecka w przyszłości może stać się źródłem wstydu lub dyskomfortu.
Warto pamiętać, że internet praktycznie nie zapomina. Raz opublikowane zdjęcia czy filmy często zostają w sieci na lata. Dzisiejsze dzieci będą pierwszym pokoleniem, które dorasta z pełną cyfrową historią swojego życia – stworzoną, zanim mogły świadomie wyrazić zgodę na publikację swojego wizerunku.

Czy dzieci będą miały kiedyś o to żal?
Coraz więcej ekspertów uważa, że to pytanie będzie w przyszłości pojawiać się bardzo często. Dzieci dorastające dziś w świecie social mediów mogą inaczej postrzegać swoją prywatność niż ich rodzice.
Niektórym publikacje rodziców prawdopodobnie nie będą przeszkadzały. Inni mogą poczuć, że ich granice zostały przekroczone. Szczególnie, jeśli w internecie znajdą kompromitujące nagrania, trudne wspomnienia albo bardzo prywatne momenty ze swojego dzieciństwa.
To temat, który nie ma jednej dobrej odpowiedzi. Coraz więcej rodziców zaczyna jednak podchodzić do publikowania dzieci bardziej świadomie. Niektórzy ograniczają pokazywanie twarzy, inni rezygnują z publikowania codzienności lub wybierają bardziej prywatne profile.

Czy można znaleźć zdrowy balans?
W świecie mediów społecznościowych całkowite zrezygnowanie z publikowania rodzinnych zdjęć dla wielu osób jest po prostu nierealne. I nie o to chodzi w dyskusji o sharentingu.
Najważniejsza wydaje się świadomość i zadanie sobie kilku prostych pytań przed wrzuceniem zdjęcia lub filmu do internetu.
- Czy dziecko w przyszłości będzie czuło się z tym komfortowo?
- Czy publikacja nie narusza jego prywatności?
- Czy pokazujemy ważne wspomnienie, czy raczej tworzymy content kosztem dziecka?
Dzień Dziecka to dobry moment, by pomyśleć nie tylko o prezentach i wspólnym czasie, ale też o tym, jak wygląda dzieciństwo w erze internetu. Dzisiejsze dzieci dorastają w zupełnie innym świecie niż wcześniejsze pokolenia. Świecie, w którym granica między życiem prywatnym a publicznym stała się wyjątkowo cienka.
Być może za kilka lat największym luksusem dzieciństwa nie będą idealne zdjęcia i viralowe filmiki, ale prawo do tego, by część wspomnień pozostała tylko dla siebie. Może w świecie, w którym tak chętnie dzielimy się codziennością online, warto czasem zostawić coś wyłącznie w rodzinnej pamięci? Wszak dzieciństwo nie musi być perfekcyjne, instagramowe ani publiczne. Czasem najpiękniejsze wspomnienia to właśnie te, które zostają poza kadrem.


